poniedziałek, 12 listopada 2012

rośnie

Rośnie wiele.

1. Malec/ lub Malcowa - dowiemy się we wtorek, 20.11.2012.

2. Brzuch.

3. Napięcie pomiędzy.

4. Spokój w środku.

5. Trudności z jedzeniem (zawdzięczać je można ponownie dwóm barom z weekendowych wypadów na jedzenie: na Podwalu, z plackami, które były kwaśne! i na Kazimierzu, z vega burgerem, który był mokrym ohydztwem).

6. Gotowość uprzątnięcia szaf.

7. Potrzeba zobaczenia Maleństwa (podobno waży już ok. 350g!).

8. Potrzeba bycia z.

Ta ostatnia może najbardziej. To takie ważne, że jednak dwie osoby dają życie, nie jedna...


wtorek, 23 października 2012

niespodzianka

Dzisiaj, po dwóch dniach kryzysu myślenia, że jednak się nie udało, bo miałam okropne wrażenie malejącego brzucha i niebycia w ciąży, postanowiłam wybrać się do Pani Doktor (polecam serdecznie: Anna Wójtowicz, przyjmuje na Krowoderskiej we wtorki po południu). Na szczęście mnie przyjęła, bo już sama siebie przyprawiałam o obłęd, myśląc, co takiego mogłam zawalić, że się nie udało.
Pierwsza wina: jedzenie. Pomyślałam, jak rzadko jadam właściwie, jak mało ryb, jak mało warzyw, jak mało regularności w jedzeniu... Zrobiło mi się słabo na samą myśl, że przez taką beztroskę coś się stało... Aż rano kupiłam w pobliskim barze obiad, który niestety odchorowałam. Zatem: mocne postanowienie poprawy - GOTOWAĆ. Ciężko jednak gotować bez apetytu. Nawet programy kulinarne nie mają wzięcia.
Druga wina: praca. Pomyślałam, że przez swój upór zostałam w pracy i być może jednak naraziłam malca na jakieś zakażenia albo czynniki szkodliwe (typu: lakier, spray). I że mogłam siedzieć w domu, bo taka była wola pracodawców. Ciężko było mi jednak odejść z dnia na dzień i tak z dnia na dzień decyzja się zmieniła i pojawiła się możliwość pracy do końca grudnia. Oczywiście z radością na to przystałam, ale przez wczoraj i dziś w brodę sobie plułam. Bo jeżeli coś jednak... Zatem: mocne postanowienie poprawy - bardziej dbać o higienę pracy w szerokim tego słowa znaczeniu.

Na szczęście winy zostały odpuszczone, postanowienia poprawy zatem bardziej jeszcze postanowione. A niespodzianka? Słowa Pani doktor: "Jednak dziewczynka, zdecydowanie jednak dziewczynka". Aż mi ciarki przeszły... Dwie dobre informacje na raz. Jest dobrze i w gratisie, że malec będzie może jednak Blanką. Choć tata póki co nie chce słyszeć o tym imieniu.

I dobra wieść numer dwa: wreszcie udało mi się zrobić coś, co mi smakuje! Przynajmniej dzisiaj... Zupa porowa. Nie KREM. Wspaniała.

piątek, 19 października 2012

zmiany

Ciekawych zmian dopatruję się w sobie.

Pierwsza: przygotowanie mentalne na dziewczynkę poddane zostało piruetowi słowami pani doktor: "wskazanie na płeć męską", "będziemy potwierdzać, bo struktury bardzo małe". I we mnie wtedy zawrót głowy i spokojne uznanie: czemu nie? może być i chłopiec. Czeka nas inna przygoda, ale wciąż przygoda. Choć o imię trudno (opcje: Nikodem, Bazyli, Piotr, Olgierd, Gerard; każda z jakimś "ale" po którejś z rodzicielskich stron).

Druga: komputer zostaje coraz bardziej odstawiony na bok. Nie chce mi się go otwierać, wolę siedzieć rano przed pracą, patrząc w słońce albo czytając książkę.

Trzecia: obserwowana przez innych bardziej niż przeze mnie samą - równowaga we mnie. Więcej spokoju, więcej wyciszenia, więcej pewności siebie. Czy to cechy malca (hurra!), czy to cechy rodzącej się mamy (hurra2!), czy może jednego i drugiego (hurra hurra hurra).

Czwarta: jedzenie. Stałam się wybredna. Nie gustuję w zdrowych rzeczach. Podejrzenie? Gerard/Bazyli/Nikodem/Olgierd wdał się swoimi skłonnościami w tatę i nie będzie wielkiej różnorodności na jego talerzu...
Choć nadzieja jest, bo smakują mi śledzie.


poniedziałek, 8 października 2012

równowaga wstrząśnięta

Wszystko zaczęło się 27.07, kiedy test wyszedł pozytywny. Nie pierwszy to raz w życiu, ale jednak pewne wstrząsy w codzienności wywołał. Po pierwsze: niedowierzanie. Po drugie: konieczność powtórzenia. Po trzecie: lekarz. Powtórzenie i lekarz zaliczone pozytywnie. Lekarz - z przychodni NFZ! - okazał się strzałem w dziesiątkę, choć i jego równowaga została poruszona wieścią o kolejnej udanej próbie. Początkowo odsyłał prosto do poradni, a ta prosto do lekarza. Punkt trzeci zatem spowodował poważne rozedrganie. Na szczęście malca to nie ruszyło i jak postanowił w połowie lipca (taki termin wydaje się realny na spotkanie malca z miłym domkiem we mnie), tak rósł dzielnie aż do dziś i do 29.03.2013, a może i 1.04., co by niezłym żartem było.
A wstrząsy pozamedyczne? Hmmm... no, w naszym duecie trochę drga. Radość przemieszana z lękiem. Więcej w W. tego drugiego, we mnie spokój i zachwyt nad naturą, biologią, cudem stworzenia. Bo ten malec przecież już jest KIMŚ. Od 3.08., kiedy Pan doktor uznał, że on nic nie widzi i od 10.08., kiedy jednak zobaczył maleńkie serduszko, ten ktoś jest KIMŚ. Dziewczynką/chłopczykiem? Ciekawym życia stworzeniem powołanym do istnienia przez nas, ale i przez samego siebie. Skąd przyszedł? Jakie ma dla nas zadania? Co chce poznać? Czego uniknąć? Do ilu rzeczy nas dopuści, ile przemilczy. Aż dreszcz przechodzi... Tak wielka przygoda nas czeka. Dla mnie już się zaczęła. Z W. jutro idziemy razem do lekarza. Może poczuje bicie serca i też przejdzie go dreszcz spotkania...

Ciało wciąż w równowadze, zadziwiająco wspaniale znosi obecność dodatkowego mieszkańca. Dobrze nam razem. Cóż, czekaliśmy na siebie, więc malec przybył w dobrze przygotowane miejsce. Niech się mości.