Dzisiaj, po dwóch dniach kryzysu myślenia, że jednak się nie udało, bo miałam okropne wrażenie malejącego brzucha i niebycia w ciąży, postanowiłam wybrać się do Pani Doktor (polecam serdecznie: Anna Wójtowicz, przyjmuje na Krowoderskiej we wtorki po południu). Na szczęście mnie przyjęła, bo już sama siebie przyprawiałam o obłęd, myśląc, co takiego mogłam zawalić, że się nie udało.
Pierwsza wina: jedzenie. Pomyślałam, jak rzadko jadam właściwie, jak mało ryb, jak mało warzyw, jak mało regularności w jedzeniu... Zrobiło mi się słabo na samą myśl, że przez taką beztroskę coś się stało... Aż rano kupiłam w pobliskim barze obiad, który niestety odchorowałam. Zatem: mocne postanowienie poprawy - GOTOWAĆ. Ciężko jednak gotować bez apetytu. Nawet programy kulinarne nie mają wzięcia.
Druga wina: praca. Pomyślałam, że przez swój upór zostałam w pracy i być może jednak naraziłam malca na jakieś zakażenia albo czynniki szkodliwe (typu: lakier, spray). I że mogłam siedzieć w domu, bo taka była wola pracodawców. Ciężko było mi jednak odejść z dnia na dzień i tak z dnia na dzień decyzja się zmieniła i pojawiła się możliwość pracy do końca grudnia. Oczywiście z radością na to przystałam, ale przez wczoraj i dziś w brodę sobie plułam. Bo jeżeli coś jednak... Zatem: mocne postanowienie poprawy - bardziej dbać o higienę pracy w szerokim tego słowa znaczeniu.
Na szczęście winy zostały odpuszczone, postanowienia poprawy zatem bardziej jeszcze postanowione. A niespodzianka? Słowa Pani doktor: "Jednak dziewczynka, zdecydowanie jednak dziewczynka". Aż mi ciarki przeszły... Dwie dobre informacje na raz. Jest dobrze i w gratisie, że malec będzie może jednak Blanką. Choć tata póki co nie chce słyszeć o tym imieniu.
I dobra wieść numer dwa: wreszcie udało mi się zrobić coś, co mi smakuje! Przynajmniej dzisiaj... Zupa porowa. Nie KREM. Wspaniała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz